Potrzebny drugi dom (cz.3) - Potrzeba dużo cierpliwości
Po artykule dotyczącym funkcjonowania zawodowych rodzin zastępczych, który ukazał się w poprzednim numerze Tyskodnika Skarżyskiego kontakt z redakcją nawiązała pewna rodzina z Bliżyna, którą wspomniana publikacja poruszyła, żeby nie powiedzieć zszokowała.
Jak przedstawili nam państwo Jerzy i Bożena, o stworzenie zawodowej rodziny zastępczej starają się od dłuższego czasu. Wciąż jest to bezskuteczne i jak nas poinformowali, sami nie mogą już zrozumieć, dlaczego zamiast przyznać im dzieci, które trafiają do Domu Dziecka, lub zostają wysłane poza granice powiatu (o czym informowaliśmy w poprzedniej części), Powiatowe Centrum Pomocy Rodzinie skazuje ich na niekończące się oczekiwanie.
Ile można czekać?
- Skończyliśmy kurs półtora roku temu, w czerwcu 2007r. Od tego czasu ubiegamy się o to, by być zawodową rodziną zastępczą. Zaraz po skończeniu kursu, zadeklarowałam się, że chcemy pracować jako pogotowie opiekuńcze, ale już wtedy powiedziano mi w PCPR, że nie są tym zainteresowani. Wówczas w Suchedniowie jedna rodzina prowadziła pogotowie i to im wystarczało. Dziś się okazuje, że ma ona pod opieką czwórkę niemowlaków, co jest ponad jej siły. Nawet według ustawy powinna mieć trójkę dzieci. Zastanawiam się więc teraz, dlaczego nie uruchomione zostanie kolejne pogotowie opiekuńcze, skoro te dzieci są. Byliśmy z mężem wciąż przekonani, że dzieci po prostu nie ma. Tak zresztą nam z początku tłumaczono. Wciąż także wymagano od nas deklaracji, czy chcemy prowadzić pogotowie opiekuńcze czy rodzinę zastępczą. My chcieliśmy zwyczajnie przyjąć pod swój dach dzieci, bez znaczenia czy byłyby one malutkie czy starsze. Dlatego tak jak nam podpowiadano, jeśli była możliwość działać na zasadzie pogotowia to deklarowaliśmy to, a jeśli rodziła się możliwość funkcjonowania jako rodzina zastępcza, to znów deklarowaliśmy taką formę. Przez takie postępowanie usłyszeliśmy w końcu, że chyba nie jesteśmy zdecydowani.
Były nadzieje...
- Jeszcze w ubiegłym roku, przed świętami Bożego Narodznia, otrzymaliśmy telefon od pani dyrektor Półtorak, że są dzieci, które mogłyby do nas trafić i czy chcielibyśmy się zdecydować na rodzinę zastępczą. To była czwórka rodzeństwa. Zdecydowaliśmy z mężem, że chcemy aby trafiły one do nas. Dzieci do tej pory nie ma. Pytałam później, co się stało, że nagle tych dzieci nam nie przyznano? Wyjaśniono mi, że ich ojciec przebywający w Anglii, zdecydował się i podjął opiekę nad nimi. Zrozumiałam sytuację i ta odpowiedź mi wystarczyła. Po jakimś czasie otrzymałam jednak kolejny telefon, tym razem miało do nas trafić troje dzieci. Po za tą informacją, temat całkiem przycichł.
Kończy się na zapewnieniach
- Czekając na dzieci muszę być osobą bezrobotną. Ponieważ tyle czasu już mijało, udałam się do PCPR i spytałam, czy mogę przejść na przekwalifikowanie zawodowe, tak żeby nie marnować tego czasu, zarobić troszkę pieniędzy i mieć ubezpieczenie. Cały ten czas czekałam wciąż na dzieci. W tym roku w wakacje, po raz kolejny poszliśmy do PCPR, aby znów zapytać, kiedy możemy się spodziewać, że trafią do nas jakieś dzieci. Sytuacja mnie zaskoczyła, bo okazało się, że pani dyrektor Półtorak już nie ma, a jej obowiązki pełnił jej zastępca. Zapytałam więc go, czy mam kontynuować przekwalifikowanie. W odpowiedzi usłyszałam, że nie, ponieważ on wszystkim się zajmie i zostaną do nas skierowane dzieci.
Ponoć nie ma dzieci
- Nie mieliśmy pojęcia przez cały ten czas, że dzieci były, ale ktoś wolał wysyłać je do domów dziecka, zamiast do nas. W Domu Dziecka mówi się o około 50 dzieciach. Nam jednak powiedziano, że stamtąd nie mogą do nas trafić. Dlaczego? Już nie wiemy, o co w tym wszystkim chodzi. Czy ktoś nie chce abyśmy rozpoczęli prowadzenie rodziny zastępczej, czy nie mają na to pieniędzy, czy ich to nie interesuje, już nie mamy pojęcia jak o tym myśleć. W naszym kierunku wciąż padają jedynie pytania, czy my się decydujemy na prowadzenie rodziny zastępczej. Ja się pytam, ile można się decydować? Czy nie wystarczy raz, drugi, że podpisaliśmy deklarację? Czy wciąż musimy potwierdzać naszą decyzję, po czym i tak nic nie wynika? W ubiegłym tygodniu rozmawiałam z panią dyrektor i po raz kolejny padło pytanie, czy ja się decyduję czy nie. Ja nie wiem, czy oni starają się nas zniechęcić w ten sposób do tego? To jest bardzo dziwne, żeby nie było tutaj w powiecie żadnych informacji w ogóle na temat zakładania rodzin zastępczych. Nie organizowane są już kursy w Skarżysku. Na dodatek, osoba która chodzi za tym i chce tą działalnością się zająć, spotyka się z kompletnym brakiem szacunku. Głównym argumentem zawsze był brak dzieci. Czekaliśmy z mężem tyle czasu, ponieważ myśleliśmy naprawdę, że tych dzieci po prostu nie ma. Dopiero po przeczytanym artykule w gazecie, dowiedzieliśmy się jaka jest sytuacja. Dowiedzieliśmy się, że są dzieci, mało tego, dzieci są wywożone w inne rejony kraju.
Aż wstyd pytać
- Już zaczęliśmy się nawet wstydzić, chodzić tam do PCPR i dopytywać. Nie chcieliśmy, aby to tak wyglądało, jak by nam zależało na tych dzieciach żeby uzyskać przez to jakieś pieniądze. Finansowo nie narzekamy i na tym nam nie zależy, ale ludzi mogą sobie różne rzeczy myśleć. Chcemy zwyczajnie pomóc, mamy takie możliwości i dlatego podjęliśmy w tym kierunku działania, ale wychodzi na to, że nasza pomoc jest nie potrzebna. Na kursach byliśmy uczeni zupełnie czego innego, a co innego okazuje się być teraz w praktyce. Powtarzano nam, że najważniejsze jest dobro dziecka, ale teraz mamy wątpliwości, czy ta idea przyświeca także działaniom urzędników. Dzieci niestety znajdują się w tym wszystkim na drugim planie, a tak nie powinno być.
Staramy się poznać przyczynę czekania
- Nigdy nawet nie padł żaden konkretny powód. Przecież gdyby były zastrzeżenia jakieś wobec nas, że nie spełniamy warunków, to by nam o tym powiedziano. Byliśmy nawet w PCPR w Kielcach i pytaliśmy o możliwość stamtąd przyjęcia dzieci. Usłyszeliśmy wprost, że im się to nie opłaca żeby skierować do nas czwórkę dzieci, bo będą musieli nam pensję wypłacić, będą musieli dać środki na utrzymanie dzieci... To ja się pytam, czy bardziej opłacają się Domy Dziecka? Ogrzewanie, wyżywienie, kucharka, sprzątaczka, pani dyrektor, zastępczyni dyrektor, wychowawca, opiekunowie, ile przecież tam jest kosztów utrzymania i to im się opłaca? Utrzymanie Domów Dziecka z całym personelem, staje się więc chyba ważniejsze od dobra dzieci. To działa chyba właśnie odwrotnie. Ta pomoc nie prowadzi w tę stronę, aby dzieci trafiły do rodzin zastępczych, ale by utrzymać ten „moloch” jakim jest Dom Dziecka. Budynek był wyremontowany i podejrzewam, że po części to też było powodem tego, że dzieci nie dostaliśmy, ponieważ pieniądze przeznaczono na remont.
Nadal czekamy i mamy nadzieję...
- Dom mamy duży, dzieci nasze już się rozchodzą po świecie, żona nie ma pracy ponieważ ciągle czeka na przyznanie nam pod opiekę dzieci. Mamy dwie łazienki, osiem pokoi, nawet dziewiąty jest już przygotowany. Dla czworga dzieci mamy idealne warunki w domu. Ostatnio pani dyrektor zaznaczyła nam jednak, że musimy zaopiekować się szóstką. Ale o czym my rozmawiamy, skoro do tej pory nie trafiło do nas ani jedno? Pani dyrektor zapewniła nas, że będzie w tej sprawie starała się coś zrobić, ale jak stwierdziła nie do niej należy decyzja. W ciągu dwóch tygodni będzie pytać, ponieważ sama nie może podjąć żadnej decyzji. Staraliśmy się otrzymać dzieci na poprzednie święta Bożego Narodzenia, zapytaliśmy więc, czy może chociaż na nadchodzące by się to udało. Usłyszeliśmy, że przecież będą następne święta. My wierzymy jednak, że nasze czekanie wkrótce dobiegnie końca.
rozmawiał Łukasz Wisowaty

Jak przedstawili nam państwo Jerzy i Bożena, o stworzenie zawodowej rodziny zastępczej starają się od dłuższego czasu. Wciąż jest to bezskuteczne i jak nas poinformowali, sami nie mogą już zrozumieć, dlaczego zamiast przyznać im dzieci, które trafiają do Domu Dziecka, lub zostają wysłane poza granice powiatu (o czym informowaliśmy w poprzedniej części), Powiatowe Centrum Pomocy Rodzinie skazuje ich na niekończące się oczekiwanie.
Ile można czekać?
- Skończyliśmy kurs półtora roku temu, w czerwcu 2007r. Od tego czasu ubiegamy się o to, by być zawodową rodziną zastępczą. Zaraz po skończeniu kursu, zadeklarowałam się, że chcemy pracować jako pogotowie opiekuńcze, ale już wtedy powiedziano mi w PCPR, że nie są tym zainteresowani. Wówczas w Suchedniowie jedna rodzina prowadziła pogotowie i to im wystarczało. Dziś się okazuje, że ma ona pod opieką czwórkę niemowlaków, co jest ponad jej siły. Nawet według ustawy powinna mieć trójkę dzieci. Zastanawiam się więc teraz, dlaczego nie uruchomione zostanie kolejne pogotowie opiekuńcze, skoro te dzieci są. Byliśmy z mężem wciąż przekonani, że dzieci po prostu nie ma. Tak zresztą nam z początku tłumaczono. Wciąż także wymagano od nas deklaracji, czy chcemy prowadzić pogotowie opiekuńcze czy rodzinę zastępczą. My chcieliśmy zwyczajnie przyjąć pod swój dach dzieci, bez znaczenia czy byłyby one malutkie czy starsze. Dlatego tak jak nam podpowiadano, jeśli była możliwość działać na zasadzie pogotowia to deklarowaliśmy to, a jeśli rodziła się możliwość funkcjonowania jako rodzina zastępcza, to znów deklarowaliśmy taką formę. Przez takie postępowanie usłyszeliśmy w końcu, że chyba nie jesteśmy zdecydowani.
Były nadzieje...
- Jeszcze w ubiegłym roku, przed świętami Bożego Narodznia, otrzymaliśmy telefon od pani dyrektor Półtorak, że są dzieci, które mogłyby do nas trafić i czy chcielibyśmy się zdecydować na rodzinę zastępczą. To była czwórka rodzeństwa. Zdecydowaliśmy z mężem, że chcemy aby trafiły one do nas. Dzieci do tej pory nie ma. Pytałam później, co się stało, że nagle tych dzieci nam nie przyznano? Wyjaśniono mi, że ich ojciec przebywający w Anglii, zdecydował się i podjął opiekę nad nimi. Zrozumiałam sytuację i ta odpowiedź mi wystarczyła. Po jakimś czasie otrzymałam jednak kolejny telefon, tym razem miało do nas trafić troje dzieci. Po za tą informacją, temat całkiem przycichł.
Kończy się na zapewnieniach
- Czekając na dzieci muszę być osobą bezrobotną. Ponieważ tyle czasu już mijało, udałam się do PCPR i spytałam, czy mogę przejść na przekwalifikowanie zawodowe, tak żeby nie marnować tego czasu, zarobić troszkę pieniędzy i mieć ubezpieczenie. Cały ten czas czekałam wciąż na dzieci. W tym roku w wakacje, po raz kolejny poszliśmy do PCPR, aby znów zapytać, kiedy możemy się spodziewać, że trafią do nas jakieś dzieci. Sytuacja mnie zaskoczyła, bo okazało się, że pani dyrektor Półtorak już nie ma, a jej obowiązki pełnił jej zastępca. Zapytałam więc go, czy mam kontynuować przekwalifikowanie. W odpowiedzi usłyszałam, że nie, ponieważ on wszystkim się zajmie i zostaną do nas skierowane dzieci.
Ponoć nie ma dzieci
- Nie mieliśmy pojęcia przez cały ten czas, że dzieci były, ale ktoś wolał wysyłać je do domów dziecka, zamiast do nas. W Domu Dziecka mówi się o około 50 dzieciach. Nam jednak powiedziano, że stamtąd nie mogą do nas trafić. Dlaczego? Już nie wiemy, o co w tym wszystkim chodzi. Czy ktoś nie chce abyśmy rozpoczęli prowadzenie rodziny zastępczej, czy nie mają na to pieniędzy, czy ich to nie interesuje, już nie mamy pojęcia jak o tym myśleć. W naszym kierunku wciąż padają jedynie pytania, czy my się decydujemy na prowadzenie rodziny zastępczej. Ja się pytam, ile można się decydować? Czy nie wystarczy raz, drugi, że podpisaliśmy deklarację? Czy wciąż musimy potwierdzać naszą decyzję, po czym i tak nic nie wynika? W ubiegłym tygodniu rozmawiałam z panią dyrektor i po raz kolejny padło pytanie, czy ja się decyduję czy nie. Ja nie wiem, czy oni starają się nas zniechęcić w ten sposób do tego? To jest bardzo dziwne, żeby nie było tutaj w powiecie żadnych informacji w ogóle na temat zakładania rodzin zastępczych. Nie organizowane są już kursy w Skarżysku. Na dodatek, osoba która chodzi za tym i chce tą działalnością się zająć, spotyka się z kompletnym brakiem szacunku. Głównym argumentem zawsze był brak dzieci. Czekaliśmy z mężem tyle czasu, ponieważ myśleliśmy naprawdę, że tych dzieci po prostu nie ma. Dopiero po przeczytanym artykule w gazecie, dowiedzieliśmy się jaka jest sytuacja. Dowiedzieliśmy się, że są dzieci, mało tego, dzieci są wywożone w inne rejony kraju.
Aż wstyd pytać
- Już zaczęliśmy się nawet wstydzić, chodzić tam do PCPR i dopytywać. Nie chcieliśmy, aby to tak wyglądało, jak by nam zależało na tych dzieciach żeby uzyskać przez to jakieś pieniądze. Finansowo nie narzekamy i na tym nam nie zależy, ale ludzi mogą sobie różne rzeczy myśleć. Chcemy zwyczajnie pomóc, mamy takie możliwości i dlatego podjęliśmy w tym kierunku działania, ale wychodzi na to, że nasza pomoc jest nie potrzebna. Na kursach byliśmy uczeni zupełnie czego innego, a co innego okazuje się być teraz w praktyce. Powtarzano nam, że najważniejsze jest dobro dziecka, ale teraz mamy wątpliwości, czy ta idea przyświeca także działaniom urzędników. Dzieci niestety znajdują się w tym wszystkim na drugim planie, a tak nie powinno być.
Staramy się poznać przyczynę czekania
- Nigdy nawet nie padł żaden konkretny powód. Przecież gdyby były zastrzeżenia jakieś wobec nas, że nie spełniamy warunków, to by nam o tym powiedziano. Byliśmy nawet w PCPR w Kielcach i pytaliśmy o możliwość stamtąd przyjęcia dzieci. Usłyszeliśmy wprost, że im się to nie opłaca żeby skierować do nas czwórkę dzieci, bo będą musieli nam pensję wypłacić, będą musieli dać środki na utrzymanie dzieci... To ja się pytam, czy bardziej opłacają się Domy Dziecka? Ogrzewanie, wyżywienie, kucharka, sprzątaczka, pani dyrektor, zastępczyni dyrektor, wychowawca, opiekunowie, ile przecież tam jest kosztów utrzymania i to im się opłaca? Utrzymanie Domów Dziecka z całym personelem, staje się więc chyba ważniejsze od dobra dzieci. To działa chyba właśnie odwrotnie. Ta pomoc nie prowadzi w tę stronę, aby dzieci trafiły do rodzin zastępczych, ale by utrzymać ten „moloch” jakim jest Dom Dziecka. Budynek był wyremontowany i podejrzewam, że po części to też było powodem tego, że dzieci nie dostaliśmy, ponieważ pieniądze przeznaczono na remont.
Nadal czekamy i mamy nadzieję...
- Dom mamy duży, dzieci nasze już się rozchodzą po świecie, żona nie ma pracy ponieważ ciągle czeka na przyznanie nam pod opiekę dzieci. Mamy dwie łazienki, osiem pokoi, nawet dziewiąty jest już przygotowany. Dla czworga dzieci mamy idealne warunki w domu. Ostatnio pani dyrektor zaznaczyła nam jednak, że musimy zaopiekować się szóstką. Ale o czym my rozmawiamy, skoro do tej pory nie trafiło do nas ani jedno? Pani dyrektor zapewniła nas, że będzie w tej sprawie starała się coś zrobić, ale jak stwierdziła nie do niej należy decyzja. W ciągu dwóch tygodni będzie pytać, ponieważ sama nie może podjąć żadnej decyzji. Staraliśmy się otrzymać dzieci na poprzednie święta Bożego Narodzenia, zapytaliśmy więc, czy może chociaż na nadchodzące by się to udało. Usłyszeliśmy, że przecież będą następne święta. My wierzymy jednak, że nasze czekanie wkrótce dobiegnie końca.
rozmawiał Łukasz Wisowaty
