Dzieci wreszcie dostaną zjeżdżalnię!
Ktoś kiedyś powiedział, że życie to sen wariata, który materializuje się często w najbardziej nieoczekiwanym miejscu i w najbardziej nieoczekiwany sposób.
Doświadczenia ostatniego miesiąca, poprzedzone wydarzeniami na ulicy Górniczej, oraz zaangażowaniem posła Prawa i Sprawiedliwości Andrzeja Bętkowskiego w wymuszoną na zarządzie Spółdzielni Mieszkaniowej spektakularną likwidację małego placu zabaw, spowodowały ostrą dwubiegunową chociaż nierówną polaryzację mieszkańców, która dla części może się wydać nową, natomiast dla mnie i mojego otoczenia jest okresowym polem bitwy, od dawna, a dokładnie od końca maja 2008 roku.
Od początku...
W owym czasie pewni państwo z przyczyn bezpośrednio nieznanych bezpardonowo oświadczyli nagle, iż doprowadzą do likwidacji istniejących huśtawek starego typu, oraz nie pozwolą na wkopanie czegokolwiek do zabawy dla dzieci. Argumentem, który miał wspierać ów wojowniczy zamysł, był fakt, iż ludzie ci prostolinijnie stwierdzili, że skoro sami już swoje dzieci wychowali, to żadne place zabaw nie są im potrzebne. Wiedząc z kim mam do czynienia, zabrałem się metodycznie do realizacji odwrotnego planu, bowiem nie mogłem się zgodzić z tym, by ich plan miał szansę na materialną realizację.
Do pierwszego dużego starcia doszło 31 maja 2008 roku, kiedy odbyło się zebranie mieszkańców z przedstawicielami administracji, oraz Rady Osiedla. Pracownicy administracji zbierali wtedy podpisy, które miały stanowić o losie być, albo nie być nowej huśtawki łańcuchowej spełniającej współczesne rygorystyczne normy bezpieczeństwa dla urzadzeń do zabawy dla dzieci.
Wygraliśmy tą bitwę w sposób miażdżący. Powiem tylko, iż przeciwnicy zdołali zebrać 8 (osiem) głosów. Rada Osiedla i zarząd widząc zapewne naszą determinację, oraz zorganizowanie, po kilku miesiacach wzbogacili plac międzyblokowy o sprężynowego konika, a wiosną tego roku o oprotestowaną wraz z groźbami zniszczenia w nocy piaskownicę. Krzyki i machanie rękami ustępowały po krótkim czasie, a życie toczyło się dalej swoim rytmem.
Zapewne toczyłoby sie wakacyjnie i spokojnie dalej, gdyby nie owa osławiona już w kraju inicjatywa mieszkańców z ulicy Górniczej, która nie dość, że według mnie haniebna w swojej istocie, to jeszcze zyskała wsparcie w osobie posła na Sejm RP, czego po dziś dzień zrozumieć nie jestem w stanie.
Ekipa z Górniczej zabrała się więc do roboty i dość szybko uzyskała przewagę nad zwolennikami, oraz śląc protesty wszędzie gdzie tylko mogła zapewne za pośrednictwem pana posła, doprowadziła do ugięcia się zarządu Spółdzielni i likwidacji pięknego placyku zabaw, co jest według mnie jednym z najbardziej wstydliwych dni dla naszego miasta w tym roku.
Ponieważ wraz z likwidacją placu została do ponownego zagospodarowania darowana niejako od losu, chociaż dokładniej od części mieszkańców z Górniczej piękna nowoczesna zjeżdżalnia, którą Spółdzielnia Mieszkaniowa otrzymała bezpłatnie od ubezpieczyciela, decyzją Rady Osiedla potwierdzoną przez zarząd, jej los miał się dokonać na placu między Sokolą i Lotniczą. Nadszedł więc piękny dzień, jeden z pierwszych sierpniowych, kiedy pojawiła się ekipa ze zjeżdżalnią i wtedy zaczęło się to co było powodem trzech artykułów w prasie, oraz zainteresowało TVN24 wcześniejszym, dziwacznym, ale spektakularnym wyrżnięciem placu zabaw na Górniczej.
Gdzie popełniono błąd oraz kto i dlaczego doprowadził do pozytywnego końca tej sprawy ?
Zacznijmy od błędów. Były dwa, ale spektakularne, które walnie przyczyniły się do eskalacji awantury. Pierwszy to decyzja pewnej pani z Administracji, która przestraszona ogromną agresją kilku ludzi, oraz obawą by nie została pobita wykonała zamiast na policję, telefon do prezesa Langera, a pan prezes wstrzymał proces wkopywania zjeżdżalni. To był ten drugi błąd.
Doły więc zasypano, a urządzenie wylądowało ponownie na samochodzie i ostatecznie w magazynie Spółdzielni. Gdyby nie te dwa zdarzenia, wszyscy już dawno zapomnieliby o wojnie, a dzieci miałyby więcej atrakcji i letniej rozrywki. Trudno, mleko się rozlało, więc trzeba było postarać się posprzątać kuchnię.
Próby podejmowaliśmy od samego początku, ale jak się okazywało, byliśmy sprytnie zwodzeni, a każdemu z nas mówiono troszeczkę co innego, chyba po to by obraz zamydlić, a sprawę nie wiadomo po co przeciągać. To w tym czasie ktoś (kto ?) obiecał przeciwnikom zjeżdżalni, że na pewno nie zostanie już u nas wkopana, więc kilka pań chodziło zadowolonych, że nam dokopało, a nawet zaczęły nas ponownie zauważać jako istoty ludzkie.
Kiedy nadszedł przełom ?
Wtedy kiedy stwierdziłem, że wyczerpałem możliwość porozumienia z zarządem, i postanowiłem zadzwonić do wicestarosty i jednocześnie przewodniczącego Rady Nadzorczej Spółdzielni pana Lepiarza. Odbyliśmy konkretną i rzeczową rozmowę, podczas której pan wicestarosta obiecał pomoc w rozstrzygnieciu zasygnalizowanej kwestii, co jak mniemam było podwaliną stosownej decyzji Rady Nadzorczej w dniu wczorajszym. Okazało się, że sprawę można załatwić w 3 dni !!. Wystarczyło pokazać, że nie przypadkiem zajmuje się decyzyjne stanowisko. Brawo.
W imieniu rodziców, dziadków, oraz dzieci dziękuję panu Lepiarzowi i Radzie za stanowczość, szybkość, oraz umiejętność podejmowania decyzji w spornych kwestiach.
Honor naszego miasta został uratowany, a wstyd będzie teraz trochę mniejszy. Wici, o pozytywnej decyzji Rady Nadzorczej poszły w świat, a media być może będą gościć na uroczystym wkopaniu zjeżdżalni zapewne w przyszłym tygodniu.
A. Hawliczek

Doświadczenia ostatniego miesiąca, poprzedzone wydarzeniami na ulicy Górniczej, oraz zaangażowaniem posła Prawa i Sprawiedliwości Andrzeja Bętkowskiego w wymuszoną na zarządzie Spółdzielni Mieszkaniowej spektakularną likwidację małego placu zabaw, spowodowały ostrą dwubiegunową chociaż nierówną polaryzację mieszkańców, która dla części może się wydać nową, natomiast dla mnie i mojego otoczenia jest okresowym polem bitwy, od dawna, a dokładnie od końca maja 2008 roku.
Od początku...
W owym czasie pewni państwo z przyczyn bezpośrednio nieznanych bezpardonowo oświadczyli nagle, iż doprowadzą do likwidacji istniejących huśtawek starego typu, oraz nie pozwolą na wkopanie czegokolwiek do zabawy dla dzieci. Argumentem, który miał wspierać ów wojowniczy zamysł, był fakt, iż ludzie ci prostolinijnie stwierdzili, że skoro sami już swoje dzieci wychowali, to żadne place zabaw nie są im potrzebne. Wiedząc z kim mam do czynienia, zabrałem się metodycznie do realizacji odwrotnego planu, bowiem nie mogłem się zgodzić z tym, by ich plan miał szansę na materialną realizację.
Do pierwszego dużego starcia doszło 31 maja 2008 roku, kiedy odbyło się zebranie mieszkańców z przedstawicielami administracji, oraz Rady Osiedla. Pracownicy administracji zbierali wtedy podpisy, które miały stanowić o losie być, albo nie być nowej huśtawki łańcuchowej spełniającej współczesne rygorystyczne normy bezpieczeństwa dla urzadzeń do zabawy dla dzieci.
Wygraliśmy tą bitwę w sposób miażdżący. Powiem tylko, iż przeciwnicy zdołali zebrać 8 (osiem) głosów. Rada Osiedla i zarząd widząc zapewne naszą determinację, oraz zorganizowanie, po kilku miesiacach wzbogacili plac międzyblokowy o sprężynowego konika, a wiosną tego roku o oprotestowaną wraz z groźbami zniszczenia w nocy piaskownicę. Krzyki i machanie rękami ustępowały po krótkim czasie, a życie toczyło się dalej swoim rytmem.
Zapewne toczyłoby sie wakacyjnie i spokojnie dalej, gdyby nie owa osławiona już w kraju inicjatywa mieszkańców z ulicy Górniczej, która nie dość, że według mnie haniebna w swojej istocie, to jeszcze zyskała wsparcie w osobie posła na Sejm RP, czego po dziś dzień zrozumieć nie jestem w stanie.
Ekipa z Górniczej zabrała się więc do roboty i dość szybko uzyskała przewagę nad zwolennikami, oraz śląc protesty wszędzie gdzie tylko mogła zapewne za pośrednictwem pana posła, doprowadziła do ugięcia się zarządu Spółdzielni i likwidacji pięknego placyku zabaw, co jest według mnie jednym z najbardziej wstydliwych dni dla naszego miasta w tym roku.
Ponieważ wraz z likwidacją placu została do ponownego zagospodarowania darowana niejako od losu, chociaż dokładniej od części mieszkańców z Górniczej piękna nowoczesna zjeżdżalnia, którą Spółdzielnia Mieszkaniowa otrzymała bezpłatnie od ubezpieczyciela, decyzją Rady Osiedla potwierdzoną przez zarząd, jej los miał się dokonać na placu między Sokolą i Lotniczą. Nadszedł więc piękny dzień, jeden z pierwszych sierpniowych, kiedy pojawiła się ekipa ze zjeżdżalnią i wtedy zaczęło się to co było powodem trzech artykułów w prasie, oraz zainteresowało TVN24 wcześniejszym, dziwacznym, ale spektakularnym wyrżnięciem placu zabaw na Górniczej.
Gdzie popełniono błąd oraz kto i dlaczego doprowadził do pozytywnego końca tej sprawy ?
Zacznijmy od błędów. Były dwa, ale spektakularne, które walnie przyczyniły się do eskalacji awantury. Pierwszy to decyzja pewnej pani z Administracji, która przestraszona ogromną agresją kilku ludzi, oraz obawą by nie została pobita wykonała zamiast na policję, telefon do prezesa Langera, a pan prezes wstrzymał proces wkopywania zjeżdżalni. To był ten drugi błąd.
Doły więc zasypano, a urządzenie wylądowało ponownie na samochodzie i ostatecznie w magazynie Spółdzielni. Gdyby nie te dwa zdarzenia, wszyscy już dawno zapomnieliby o wojnie, a dzieci miałyby więcej atrakcji i letniej rozrywki. Trudno, mleko się rozlało, więc trzeba było postarać się posprzątać kuchnię.
Próby podejmowaliśmy od samego początku, ale jak się okazywało, byliśmy sprytnie zwodzeni, a każdemu z nas mówiono troszeczkę co innego, chyba po to by obraz zamydlić, a sprawę nie wiadomo po co przeciągać. To w tym czasie ktoś (kto ?) obiecał przeciwnikom zjeżdżalni, że na pewno nie zostanie już u nas wkopana, więc kilka pań chodziło zadowolonych, że nam dokopało, a nawet zaczęły nas ponownie zauważać jako istoty ludzkie.
Kiedy nadszedł przełom ?
Wtedy kiedy stwierdziłem, że wyczerpałem możliwość porozumienia z zarządem, i postanowiłem zadzwonić do wicestarosty i jednocześnie przewodniczącego Rady Nadzorczej Spółdzielni pana Lepiarza. Odbyliśmy konkretną i rzeczową rozmowę, podczas której pan wicestarosta obiecał pomoc w rozstrzygnieciu zasygnalizowanej kwestii, co jak mniemam było podwaliną stosownej decyzji Rady Nadzorczej w dniu wczorajszym. Okazało się, że sprawę można załatwić w 3 dni !!. Wystarczyło pokazać, że nie przypadkiem zajmuje się decyzyjne stanowisko. Brawo.
W imieniu rodziców, dziadków, oraz dzieci dziękuję panu Lepiarzowi i Radzie za stanowczość, szybkość, oraz umiejętność podejmowania decyzji w spornych kwestiach.
Honor naszego miasta został uratowany, a wstyd będzie teraz trochę mniejszy. Wici, o pozytywnej decyzji Rady Nadzorczej poszły w świat, a media być może będą gościć na uroczystym wkopaniu zjeżdżalni zapewne w przyszłym tygodniu.
A. Hawliczek












skomentowany przez: wert
skomentowany przez: zorientowana
skomentowany przez: Mały Bezrobotny
skomentowany przez: Murzynek Rambo
skomentowany przez: Marta1